Aalestrup to małe miasteczko leżące na północy Danii. Liczba mieszkańców w ostatnich czasach wynosiła niecałe 3000. Nie zrobiłem w nim wyjątkowo żadnego zdjęcia, ale też tym razem nie poświęciłem mu tyle czasu co kiedyś. W każdym bądź razie myślę, że może być odwzorowaniem typowego duńskiego miasta (przynajmniej w swojej skali). Niska zabudowa, sporo domków, cicho i zielono. Niewielkie centrum z małym placem przypominającym rynek. Kilka sklepów, pub, pizzeria i jeszcze może jakaś restauracja. Jeśli ktoś lubi spokój i ceni sobie prywatność, a zarazem lubi znać większość swojej lokalnej społeczności, to może być to miejsce idealne. Generalnie jadąc przez Danię dominuje taki schemat: miasto, pola, miasto, pola, pola, miasto, itd. Ma to swój klimat, zaprzeczyć temu nie można, jednak chyba średnio bym się tam odnalazł (mamy oczywiście Kopenhagę i kilka innych większych miast, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej). Dodatkowo z każdego miejsca mamy praktycznie w bliskiej odległości dostęp do wody, więc powietrze jest rześkie i zdrowe (a przynajmniej powinno mieć dużo jodu).

zdjęcia z podróży, atrakcje turystyczne, co warto zobaczyć

Co do samego życia, jeśli ktoś miałby ochotę tam spróbować odnaleźć swoje szczęście to warto wyjechać i zostać rok. Dlaczego rok? Tyle właśnie daje Państwo czasu, aby móc się „ogarnąć życiowo”. Przez pierwszy rok możemy liczyć na duże ulgi w płaceniu podatków, a także otrzymać pomoc socjalną lub dopłaty w różnych formach. Po roku podatki rosną i płacimy jak cała reszta, ale mimo to nadal można otrzymywać różne dodatki. Wszystko zależy od naszej sytuacji. Co jeszcze mnie urzekło w systemie to fakt, że mało kto kupuje mieszkania, ponieważ spółdzielnie oferują wszystkim do wynajęcia mieszkania, apartamenty, a nawet domki jednorodzinne. Oczywiście są one dostępne dla wszystkich i nie trzeba żyć w skrajnej biedzie lub rodzinie patologicznej jak to bywa u Nas, aby móc starać się o mieszkanie od miasta. Także tego im zazdroszczę!

Święta. Jeśli chodzi o święta, to nie zauważyłem nic szczególnego lub innego w ich obchodzeniu w porównaniu do Polski. Miasta jak i mieszkania są przyozdobione różnymi lampkami i ozdobami świątecznymi. Na ulicach panuje raczej spokój i niewielu ludzi się po nich szwenda. Nie wiem jak wygląda dokładnie kwestia potraw świątecznych i wigilii, ale mam wrażenie, że nie mają szczególnie wyjątkowych dań szykowanych na tą okazję. Na pewno jedzą mięso (np. kaczkę). Co rzuciło mi się w oczy to świąteczne kolekcje piw – swoją drogą całkiem niezłe. Nie gardzą również winem i łakociami, które są szykowane specjalnie na święta. Świętować z Duńczykami okazji nie miałem, ale póki co polskie tradycje i cała otoczka pozostają nie do przebicia.

Jutlandia. Rejon, który miałem przyjemność zwiedzić przynajmniej w niewielkim stopniu to północna Jutlandia. Zacznijmy może opowieść chronologicznie od miejsca, które odwiedziłem jako pierwsze. Padło na Logstor. Jest to urocze miasteczko z małym portem i niewielką plażą prawie całą pokrytą muszlami. Muszle, a dokładnie muszle małż, to symbol i znak rozpoznawczy tego miasta. Symbole, rzeźby i inne akcenty z nimi związane są widoczne wszędzie. Co ciekawe latem odbywa się tam małżowy festiwal (więcej info tutaj: http://www.muslingebyen.dk/en/events/21-muslinge-festival). Jeśli ktoś gustuje w owocach morza to jest to nie lada atrakcja!

Kolejnym miastem był Aalborg. W tym mieście już było czuć, że tętni życiem. Szerokie ulice, dużo ludzi, sporo knajp, sklepów, restauracji i innych rozrywkowych miejsc. Znalazłem nawet taką lokalną „mariacką”, gdzie różnorodność pubów robiła wrażenie. Warto dodać, ze jest tutaj również uniwersytet, więc zapewne życie nocne funkcjonuje dość prężnie. Także i w tym mieście znajduje się port i to całkiem spory. Niestety nie zauważyłem, aby była możliwość wejścia do wody. Z ciekawostek znajduje się tutaj knajpka z logiem i zdjęciami serialowych „Przyjaciół” („Friends”), choć nie wiem czy poza tym ma jeszcze coś wspólnego z serialem.

Następnym przystankiem było Randers. W związku z tym, że ogólnie pogoda w Danii była raczej deszczowa, większość wycieczek była przyspieszona. Natomiast w Randers można było zwolnić i się ogrzać! Tym razem odwiedziłem tropikalne lasy deszczowe. Opisać można to jako połączenie palmiarni, zoo i wystawy akwarystycznej. Najfajniejsze było to, że większość zwierząt tych latających, a także chodzących na 2 i 4 kończynach była wolna i przemieszczała się między zwiedzającymi. Do dyspozycji odwiedzających jest 3600 m2 terenu, które przedstawiają faunę i florę z 3 kontynentów (Ameryka Południowa, Afryka i Azja). Całość robi na prawdę spore wrażenie! Więcej info tutaj: http://www.regnskoven.dk/en/the-experience/

Ostatnim bastionem całej wyprawy było Aarhus. Podobnie jak w Alborgu również tutaj znajduje się duży uniwersytet i mamy dostęp do wody. Niestety nie zdążyłem jako tako zwiedzić miasta, ale za to przeniosłem się na chwilę w czasie. Den Gamle By – tak nazywa się muzeum, a właściwie osada przedstawiająca zabudowę, historię i życie w dawnej Danii. Praktycznie każdy budynek jaki napotkamy na drodze kryje jakąś tajemnicę i możemy go odwiedzić. W niektórych można spotkać panie wypiekające tradycyjne pieczywo, w innych sprzedające lokalne łakocie lub plecione buty i suszone owoce oraz kwiaty do parzenia herbaty. Można zobaczyć jak kiedyś robiono trumny, a nawet się w jednej położyć. Dodatkowo niektóre budynki to małe muzea. W szczególności muzeum zabawek i muzeum muzyki przykuły moją uwagę. To miejsce jest warte odwiedzenia, ale polecałbym przyjechać tu mimo wszystko w cieplejszym okresie, kiedy wszystko kwitnie, rośnie i dużo ludzi przebranych za lokalną ludność przechadza się uliczkami osady lub wykonuje różne czynności stosownie do czasów, które prezentuje.

Czy poleciłbym Danię i wszystkie miejsca i czy bym do nich wrócił? Tak, ale latem, kiedy dni są dłuższe, kiedy można wejść do wody, kiedy nie trzeba uciekać przed zimnym wiatrem i marznącym deszczem.

Ah! Jeszcze na sam koniec przypomniało mi się, że w Aarhus odwiedziłem „Bazar Vest”. Jednym zdaniem można to opisać jako wielką orientalną halę targową. Można znaleźć tam dużo świeżych owoców i warzyw. Sporą ilość badziewia „Made in China” i kilka orientalnych boksów, gdzie można coś zjeść. Niestety jakoś nie przekonałem się do tego miejsca.

 

Zdjęcia i relacje z podróży !

Napisz komentarz