Tym razem weekendowy wypad do Berlina. Miasta chyba nikomu nie muszę przedstawiać, ale tak dla czystej formalności, to stolica naszych zachodnich sąsiadów. Położone w północno-wschodniej części jest również największym miastem w Niemczech. Zamieszkane przez około 3,5 miliona mieszkańców. Co ciekawe jest drugim pod względem populacji miastem w Unii Europejskiej. Pierwszy jest Londyn, ale przy obecnej sytuacji Wielkiej Brytanii, być może jeszcze trochę i Berlin wskoczy na szczyt. Od przejścia granicznego w Olszynie (akurat ono było mi po drodze) do celu mamy 160km. Przyznam szczerze, że gdy odwiedziłem to miasto po raz pierwszy w grudniu 2013, to miałem mieszane uczucia i raczej średnio przypadło mi do gustu. Tym razem jednak przemierzając je w ciepły letni dzień (wieczorami oczywiście też) spodobało mi się bardzo! Także już teraz polecam je choćby właśnie na weekend. Dojechać możemy również pociągiem lub Polskim Busem, co jest wydaje się najtańszą opcją.

zdjęcia z podróży, atrakcje turystyczne, co warto zobaczyć

Do podróżowania po samym Berlinie najlepiej wykupić bilet dobowy za ok 7 euro. Jednak mała uwaga! Mimo, że nazywa się dobowy to jest ważny tylko do godziny 4:00 rano następnego dnia. Za to do dyspozycji mamy autobusy, tramwaje, kolejkę podmiejską oraz metro. Przy takim zestawie transportu publicznego możemy się szybko przemieścić w dowolne miejsce w mieście. Gdybyśmy chcieli wjechać samochodem musimy mieć naklejkę związaną z „ekologią” naszego auta. Często do kupienia w serwisach samochodowych. Koszt około 6,90 euro.

Jak już wiemy gdzie i jak się poruszać to przejdźmy do ludzi. Jak w każdym większym mieście jest ich tutaj sporo. Masa studentów i turystów. O dziwo, wbrew pozorom spotkałem niewiele osób w burkach lub owiniętych w turbany, a tak mniej więcej rysuje się obraz tego miejsca w mediach. Jest oczywiście sporo imigrantów, ale jakoś nieszczególnie rzucili mi się w oczy. Niewątpliwym plusem tej mieszanki kulturowej jest fakt, że przy braku znajomości języka niemieckiego możemy wszędzie się dogadać po angielsku. Również przewija się przez miasto sporo ulicznych artystów, którzy ze swoimi walizkami przemierzają różne miasta świata. To jest piękne!

Wycieczkę zaczynamy od Alexanderplatz. Centralny węzeł komunikacyjny nazwany na cześć cara Rosji Aleksandra I. Codziennie przechodzi tędy średnio 350 tysięcy osób. Stąd praktycznie w linii prostej mamy 2,5 km spacerem do Bramy Brandenburskiej. Jest to świetna trasa ponieważ po drodze napotykamy wiele atrakcji. Już na samym początku dostrzegamy wieże telewizyjną, która mierzy 368 metrów wysokości. Dla turystów są dostępne 2 punkty. Pierwszy z tarasem widokowym na wysokości 203 oraz drugi z restauracją na wysokości 207 metrów. Cena wjazdu zaczyna się od 13 euro. Idąc dalej napotykamy na muzeum DDR, które mieści się tuż przy brzegu rzeki Sprewa. Po jej drugiej stronie znajduje się Katedra Berlińska i zielony skwerek, gdzie zwykle znajduje się sporo osób, które leżąc na kocach jedzą przeróżne smakołyki. Piją również różne specyfiki od bezalkoholowych po alkoholowe i oczywiście nikt się nie czepia, że robią to w miejscu publicznym i tuż przed obiektem sakralny. Miła odmiana. Zaraz za katedrą, a właściwie w bok od niej znajduje się tak zwana Wyspa Muzeów. Jak sama nazwa wskazuje znajdziemy, tam skupisko różnych muzeów. Aby się z nimi bardziej zapoznać polecam pogrzebać w internecie, cóż dokładnie możemy tam zobaczyć. Idąc dalej miniemy najstarszy teatr operowy w Berlinie, muzeum Madame Tussauds, a także uniwersytet oraz bibliotekę. Na samym końcu jak wspomniałem trafimy na Bramę Brandenburską, a za nią ogromny zielony teren. Brama jest obecnie symbolem Pokoju i Wolności, a także znajduje się na rewersach niemieckich eurocentów. Stąd warto podjechać metrem do miejsca zwanego Checkpoint Charlie. Jedno z najbardziej znanych przejść granicznych między NRD, a Berlinem Zachodnim. Obecnie już tylko atrakcja turystyczna, gdzie można spotkać „żołnierzy” amerykańskich i wbić sobie pieczątkę z wybranej przez siebie strefy. Znajdziemy tam również resztki muru berlińskiego. Z tego miejsca warto ponownie skierować się w stronę wspomnianej wcześniej bramy, gdyż po drodze mamy bardzo ciekawy plac o nazwie Gendarmenmarkt. Znajdziemy tam katedrę niemiecką, francuską oraz salę koncertową. Warto wejść do środka katedry francuskiej, ponieważ z samej góry rozpościera się piękna panorama na całe miasto. Koszt to około 2 euro, jeśli mnie pamięć nie myli.

Jak sami widzicie atrakcji jest masa, a można ich znaleźć jeszcze więcej. Nie mówiąc już o tym, że gdybyśmy chcieli zajrzeć do każdego muzeum to pewnie i tygodnia by nam zabrakło.

Przejdźmy jednak teraz do strefy pamiątkowej. Wiele rzeczy można przywieźć z Berlina, ale chyba najbardziej znanym symbolem związany z tym miastem (być może zaraz obok niedźwiedzia) jest Ampelmann. Któż to taki? A no właśnie człowieczek wprost z sygnalizacji świetlnej. Został wymyślony przez niemieckiego psychologa Karla Peglau, który w latach 60-tych zastanawiał się jak zmniejszyć liczbę wypadków i stwierdził, że zwykła sygnalizacja świetlna jest po prostu nudna i nikt nie zwraca na nią uwagi. Niemcy pokochali Ampelmanna i jego wizerunek możemy znaleźć wszędzie (od napojów, przez gąbki do mycia, po makaron). Ciekawa i prosta historia. Po raz kolejny dowiadujemy się, że czasem najprostsze pomysły mogą wiele zdziałać.

Na koniec, żeby Was już całkiem nie zanudzić tym nieco wyjątkowo długim wpisem, krótka notatka o gastronomii. Kebab. Właściwie to „kebap”. Być może przy obecnej sytuacji nie kojarzy się zbyt dobrze zwłaszcza w Niemczech, ale można powiedzieć, że ten kebap jest zasłużony. Budka prowadzona przez rodzinę już od kilku lat przyciąga dosłownie rzesze turystów. Średni czas oczekiwania w kolejce to godzina. A osób stojących przed nami około setka. Przede wszystkim przy takim ruchu możemy liczyć na bardzo świeże produkty, ponieważ wszystko robione jest na bieżąco. Kebap swoją wyjątkowość zawdzięcza zapewne przyprawom i dodatkom w postaci sera (konsystencją przypominający fetę) oraz grillowanym warzywom (m.in. bakłażan). Co więcej wypchany jest po brzegi, bo nie zwijają mu „dupki” jak to zwykle bywa w kebabach, tylko po prostu owijają folią, aby nic nam nie wypadło. Na koniec cena. Za taki rarytas w najbardziej wypasionej wersji jedyne 4 euro. Proszę Państwa. Czego chcieć więcej? Aby dostać się do tego magicznego miejsca o nazwie „Mustafa’s Gemüse Kebap” wystarczy wysiąść na stacji metra o nazwie „Mehringdamm” i zauważymy je już wychodząc z podziemi. No chyba, że wyjdziemy z innej strony, to czeka nas około 100 metrowy spacer. Napisałbym, że oblizując się na samą myśl żegnam się z Wami, ale tak nie napiszę. Po prostu zapraszam do zdjęć i odwiedzenia Berlina osobiście!

 

Zdjęcia i relacje z podróży !

2 komentarze

    • Widzę, że Wasz weekend też był bardzo udany. Jak czytałem i oglądałem zdjęcia, to aż mi się miło na sercu zrobiło jakbym tam znowu był latem 😉

Napisz komentarz