Dziś opowiem Wam o przyjaźni i historii pewnego tatuażu. Naszym przewodnikiem będzie Tommy. Wenezuelczyk, który od jakiegoś czasu mieszka w stolicy Kolumbii. Cała ta historia nie miałaby miejsca, gdybyśmy przez przypadek jakieś 3 lata nie trafili na siebie w czeluściach internetu. Zatem może zacznijmy od początku.

Od przyjaźni…

Po jednej z moich pierwszych wizyt w Ameryce Południowej zafascynowałem się tym kontynentem, ludźmi jedzeniem i językiem, który niewątpliwie ułatwiał kontakt oraz otwierał wiele nowych możliwości będąc na miejscu. Jednak nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z hiszpańskim, więc po powrocie do Polski postanowiłem co nie co zmienić w tym temacie. Tak właśnie trafiłem na Tommiego, a on na mnie w jednej z grup na portalu Couchsurfing. Jako rodowity Wenezuelczyk biegle mówił po hiszpańsku, a dodatkowo jest z zawodu nauczycielem angielskiego, więc nie mogłem trafić lepiej, aby zacząć przygodę z nowym językiem, a jednocześnie szlifować swój angielski. Przygoda językowa nie była jednak tak owocna jak Nasza znajomość, która trwa po dziś dzień.

Jakiś czas temu z powodów politycznych i gospodarczych Tommy postanowił spakować swój dobytek i spróbować szczęścia w Kolumbii. Niestety sytuacja w Wenezueli jest wręcz tragiczna i ludzie walczą każdego dnia o przetrwanie. Nie dość, że nie mają pieniędzy, to często nie mogą nawet zdobyć jedzenia. To niestety długi i przykry temat.

Gdy dowiedziałem się, że będę miał okazję zawitać do Bogoty na kilka dni, niezwłocznie napisałem do Tommiego, aby umówić się na jakieś spotkanie. Nigdy wcześniej się nie widzieliśmy, ani nawet nie rozmawialiśmy na żywo, więc nie wiedziałem jak to wypali i na czym się skończy taka znajomość. I wiecie co? Do teraz jestem pod wrażeniem jak dwie różne osoby, z różnych środowisk i dwóch końców świata mogą ze sobą współgrać. Już po kilku zdaniach czuliśmy jakbyśmy się znali od dobrych kilku lat i byli naprawdę zgranymi kumplami. Praktycznie każdego dnia, gdy tylko była możliwość spotykaliśmy się, aby uczcić kolejny dzień znajomości, odkryć coś nowego w mieście oraz podumać o życiu i śmierci. Po angielsku jest takie ładne określenie jak „soulmate”, czyli bratnia dusza. Myślę, że jesteśmy tego idealnym przykładem, że przyjaźń nie ma żadnych granic! Nawet słyszałem, że jesteśmy do siebie podobni 🙂

…po tatuaż.

Podczas pierwszego spotkania padł pomysł wykonania sesji fotograficznej tatuażu, który Tommy robił kolejnego dnia. Dla mnie była to fantastyczna okazja zobaczenia jak wygląda proces tworzenia, ponieważ nigdy nie ukrywałem, że interesują mnie tatuaże i chętnie sam bym jakiś sobie zrobił. No może nie własnoręcznie. Dla niego za to, to świetna pamiątka.

Wszystko zaczyna się oczywiście od szkicu i projektu, który następnie przenoszony jest na kalkę, dzięki której artysta może odbić go na skórze. Kolejnym etapem jest staranne wyczyszczenie wszelkich rzeczy, które są dookoła począwszy od fotelu, podpórki dla tatuatora, szafki, aż po lampę. Następnie wszystko jest pieczołowicie oklejane folią. Włącznie z rękami artysty, aż po same łokcie! Zajmuje to trochę czasu, ale chodzi o nasze bezpieczeństwo i higienę, więc nie ma mowy o robieniu czegoś „na odwal”. Golimy jeszcze tatuowane miejsce ze wszelkich włosków i w końcu możemy dopasować i odcisnąć kalkę na skórze, a także zrobić przymiarkę na sucho w lustrze. Gdy obie strony są zadowolone nadchodzi czas na chwycenie „maszynki do dziarania” i rozpoczęcia zabawy. Jest to dość precyzyjna praca i wymaga skupienia, a także doświadczenia. Co jakiś czas przeciera się skórę z rozmazanego tuszu. Na sam koniec oczyszcza się ją oraz psika specjalną pianką po czym zawija tatuowane miejsce folią, aby mogło zacząć się spokojnie goić. Przez kolejne dni należy smarować tatuaż specjalnym kremem, żeby skóra mogła dojść do siebie, a tatuaż pięknie się prezentować. To wszystko oczywiście opisane jest w telegraficznym skrócie.

Nasz pobyt w studio trwał około 3 godzin wliczając w to przygotowanie miejsca pracy i wykonanie „obrazka”. Nie był on zbyt skomplikowany, więc i czas nie był jakiś specjalnie długi. Koszt takiego dzieła to około 100$. Niestety tu nie ma reguły i wszystko zależy od miejsca, artysty i stopnia trudności projektu. Trzeba przyznać, że tutejszy tatuator ma naprawdę talent, a ceny pewnie nieco podskoczą, ponieważ studio, które odwiedziliśmy dopiero się rozkręcało.

Dziękuję z całego serca Tommiemu za zaproszenie oraz studiu Stone Tattoo (https://www.facebook.com/stonetattooshop) za umożliwienie wykonania zdjęć.

Efekt pracy zobaczycie w galerii. Zapraszam! 🙂

2 komentarze

  1. Widać, że Tommy to pasjonat tatuaży na maxa, szczególnie tych wersji hardcore. Super historia! I znowu CouchSurfing się przewija. 😉

  2. Łukasz | z Podróży PL Reply

    Zdecydowanie pozytywnie zakręcony chłopak! 😉 Właściwie z CouchSurfingiem mam same pozytywne skojarzenia 😀

Napisz komentarz