Kluż, bo tak brzmiała kiedyś nazwa tej miejscowości, położony jest w samym sercu Rumunii, w krainie zwanej Siedmiogrodem. Czyż nie brzmi bajkowo? Z tego co dowiedziałem się od lokalnych mieszkańców jest to drugie najszybciej rozwijające się miasto. Liczba ludności wynosi ponad 300tys., więc trzeba przyznać, że całkiem sporo.
Zanim przejdziemy jednak do przyjemności i zagłębimy się w miasto, najpierw o tym jak do niego dojechać. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak odcinek 800km pokonaliśmy w 16h z czego ok. 200 km było jeszcze w Polsce, gdzie można było jechać całkiem żwawo. Mimo, że GPS jak i inne mapy wskazywały na to, że trafiliśmy na główne drogi, to niestety w rzeczywistości okazało się, że miejscami dróg nie było wcale. Zresztą, żeby za dużo się nie rozpisywać nad naszą terenową przejażdżką zapraszam do obejrzenia wideo, które miało już premierę na fanpejdżu (film +18 z uwagi na intro): Rumuński offroad
W ramach bonusu na końcu trasy zepsuł nam się samochów, ale na szczęście świeżo poznani Rumuńscy obywatele przybyli nam z pomocą, choć auto wróciło do Polski na lawecie. Także jakby ktoś chciał się tam wybrać polecam kierunek na miasto Oradea i następnie odbić na Kluż.

zdjęcia z podróży, atrakcje turystyczne, co warto zobaczyć

Jak już dotrzemy na miejsce to miasto wynagrodzi nam nasza tułaczkę. Nie miałem okazji spróbować czysto rumuńskiej kuchni, ale wszystko co pochłonąłem było pyszne! Ceny w sklepach jak i knajpkach podobne lub tańsze od naszych. Wszyscy uśmiechnięci i życzliwi, a co najlepsze nie spotkałem osoby, która by nie mówiła po angielsku. Czasem łamanym angielskim, ale jednak coś mówiła. Centrum miasta jest dość spore i jeśli ktoś lubi spacerować to będzie miał gdzie, a i pod względem architektonicznym jest na czym zawiesić oko. Najbardziej w mieście wyróżniają się kościoły i cerkwie, których naliczyłem 3 sztuki, a czwarta całkiem okazała jest budowie (będzie na zdjęciach). Przebywa tutaj również spora liczba studentów lokalnych jak i z zagranicznych wymian, więc w weekend, a zapewne i w  tygodniu nie musimy się martwić o brak rozrywek i różnych imprez. Szczególnie latem może być przyjemnie usiąść gdzieś na dworze i delektować się pysznym jedzeniem i regionalnymi trunkami.
Tak więc, gdy poczujemy ssanie w żołądku polecam wybrać się do lokalu o nazwie Jaxx. Jeśli chodzi o jedzenie to serwują burgery i meksykańską kuchnię, ale co jest najważniejsze robią tam wyśmienite drinki (mają też piwa i inne alkohole). Właśnie tutaj pracuje barman roku 2015. Mógłbym powiedzieć, że łza mi się w oku kręci, ale na prawdę chciałbym mieć taką knajpę w swojej okolicy. Sam wystrój zrobiony jest dość oldscholowo. Na ścianach wisi kawałek  samochodu, motor, perkusja i gitary. Zamówienia serwowane na płytach winylowych. Barmani ubrani w białe koszule z szelkami. Stoliki nawiązujące do różnych zespołów rockowych. Bardzo miło i przyjemnie. Jeśli miałbym coś polecić to z pewnością Pisco Sour! No i ta pianka na drinku uzyskana przez dodanie białka z przepiórczego jajka – majstersztyk!
Tym oto cudownym akcentem kończy się króciutka rumuńska historia, ale i sama wycieczka była wyjątkowo krótka. Jeśli ktoś chciałby spędzić wolny czas w inny sposób niż „all inclusive”, to na pewno Rumunia jest dobrym kierunkiem wyprawy. Nie wspomnę już o górach i morzu, które mamy tutaj do dyspozycji, ale tam jeszcze nie dotarłem.

Zdjęcia i relacje z podróży !