Walencja to trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii. Zamieszkiwane przez podobno ok. 800 tysięcy mieszkańców. Podobno, ponieważ o ile architektonicznie wierze, że są w stanie pomieścić tylu ludzi, to przechadzając się ulicami miasta miałem wrażenie, że jestem na wsi, gdzie przejeżdżający samochód to nie lada atrakcja. Jednak lećmy dalej. Miasto leży po środku wschodniego wybrzeża nad Morzem Balearskim (fragment Morza Śródziemnego). Średnia temperatura jaka towarzyszyła mi podczas pobytu w drugiej połowie października to ok 20 stopni!

zdjęcia z podróży, atrakcje turystyczne, co warto zobaczyć

Jak już mamy te 20 stopni w październiku i morze, to do szczęścia brakuje tylko plaży. Oto i ona. Szeroka, długa i piaszczysta (jeśli chodzi o piasek to akurat rzadkość podczas moich nadmorskich wypadów). Plaża na prawdę robi wrażenie, być może dlatego, że była pusta, ale wierzę, że w środku sezonu każdy znajdzie kawałek dla siebie. Właściwie to nie jedna, ale nawet dwie plaże mamy do dyspozycji, z czego aby dostać się do drugiej musimy wyjechać poza miasto.

Walencja jest cudownym połączeniem nadmorskiego kurortu z dużym miastem o ciekawej architekturze i wysokiej zabudowie. Można tutaj być za równo surferem spędzającym czas między palmami, jak i pracownikiem korporacji spoglądającym z ostatniego piętra na panoramę miasta. Każdy może znaleźć coś dla siebie. Od samego morza, aż po centrum miasta ciągnie się park ze ścieżkami rowerowymi (właściwie jest ich bardzo dużo w całym mieście), ławkami, drogami dla pieszych i biegaczy, a wszystko to przyozdobione bujną roślinnością oraz rzeźbami lokalnych artystów.

Samo centrum przypomina raczej stare urokliwe miasto, które zwłaszcza wieczorem przy delikatnym oświetleniu nabiera mocy. Jak pewnie w większości takich miejsc znajdziemy tam kilka budynków sakralnych, sporo kawiarni i pubów. A także El Carmen. Miejsce do którego zapewne bez pomocy lokalnych bywalców sami byśmy nie trafili, gdyż nie zapowiadało się, aby na naszej drodze pojawiło się cokolwiek, gdzie będzie można spotkać ludzi i zakosztować lokalnych trunków.

El Carmen to jedna z dzielnic, którą tworzy niewielki ryneczek z kilkoma uliczkami zapełniony przeróżnymi knajpkami. Co krok dostajemy jakieś kupony na drinki, shoty i inne atrakcje, więc ciężko jest przejść obojętnie. Zresztą chyba po to się tam idzie, aby z tego korzystać. Niewątpliwie jest to imprezowe serce Walencji. Piszę to z perspektywy wizyty tego miejsca w czwartek. Zakładam, że jak ktoś wyruszy na imprezę w piątek, to do domu może wrócić w niedzielę.

Nie przedłużając polecam odwiedzić to miasto osobiście o dowolnej porze roku. Jak na razie jest to jedyne miasto w Europie, które skradło mi serce i w którym chętnie bym pomieszkał przez jakiś czas.

Barcelona! Tego miasta chyba nie muszę przedstawiać. Zresztą spędziłem w nim może jakieś 2-3 godziny, więc nawet nie będę porywał się na jego opisywanie. Na pewno nie można się w nim nudzić. Jest duże, głośne i przepełnione ludźmi (oczywiście w dużej mierze to turyści). W którą stronę się nie pójdzie, tam coś się dzieje. Na szczęście główne drogi i deptaki są szerokie, więc nie musimy się przytulać do każdej napotkanej osoby. Za to podróż samochodem to masakra. Poza 3 pasami dla cywilów jest jeden dla taksówek oraz dodatkowy dla autobusów. Na szczęście do dyspozycji mamy również metro. Miejsce na pewno godne odwiedzenia i pozostania przez kilka dni, aby choć trochę móc się w nim zagłębić. Ah, skoro pisałem jeszcze o kolacji, to była całkiem niezła. Kuchni i smaków mamy tutaj do wyboru do koloru.

Tak więc podróżujmy, kosztujmy, korzystajmy z życia i niczego sobie nie żałujmy!

Zdjęcia i relacje z podróży !

Napisz komentarz