Hsinchu, a właściwie Hsinchu City (w tym momencie brzmi już jak coś dużego) albo jak kto woli Xinzhu, to właściwie niezbyt interesujące miasto położone na zachodnim wybrzeżu w północnej części Tajwanu. Drugi raz pewnie bym tu nie zawitał, więc dlaczego o nim piszę? Bo nie będzie o atrakcjach, a o ludziach, zupie pomidorowej i dorastaniu amerykańsko-tajwańskiego chłopca w Warszawie. Zapraszam!

Hsinchu można by powiedzieć, że jest takim standardowym zwykłym miastem. Znajdziemy kilka świątyń, które na “ludziach z zachodu” pewnie zrobią wrażenie. Możemy zjeść coś na wagę z lokalesami w stołówce i zakosztować kolejnych nowności kulinarnych, nie wydając przy tym dużej sumy (mam tu na myśli ok 10zł na osobę, za tackę ze smakołykami, którą zobaczycie na zdjęciach). Jest oczywiście jakiś targ, masa skuterów i pełno kolorowych neonów. Poza tym niewiele do zobaczenia.

Główną atrakcją miasta, jaką nam poleciła Joanna – nasza gospodyni, która faktycznie tak się nazywa (też nie mogłem do końca w to uwierzyć) jest wybrzeże miasta i 17-kilometrowa rowerowa trasa z punktami widokowymi. W sumie powinienem napisać, że 34-kilometrowa, ponieważ wypożyczając rower musieliśmy go oddać w punkcie odbioru. Niestety całe nabrzeże włącznie z deptakami, ulicami, a nawet knajpkami było w jednym wielkim remoncie, wiec do zobaczenia niewiele się ostało. Poszliśmy zatem wypożyczyć nasz 2-osobowy rower i ruszyć ku przygodzie. Taki rarytas kosztował nas 400 NT$, czyli niecałe 50zł za cały dzień. Trzeba przyznać, że trasa jest spokojna i można odpocząć od zgiełku miasta, natomiast widoki przypominają raczej obserwacje mułu, gdyż musieliśmy trafić na jakiś spory odpływ. Wyjątkowo podczas tej trasy kręciliśmy więcej filmów niż zdjęć, ale nie doczekały się one jeszcze poskładania w całość.

Przejdźmy jednak do Joanny, jej rodziny i gościa specjalnego o nazwisku Kwiatkowski. Joanna zaproponowała nam nocleg po wymianie kilku wiadomości na portalu Couchsurfing. Zostaliśmy u niej 2 noce, więc cieszyliśmy się, że trochę kasy zostało w naszych kieszeniach. Pierwszego dnia zawitaliśmy do jej domu dopiero wieczorem, więc niewiele się działo, bo po zamianie kilku zdań, wypiciu lokalnych specjałów i poczęstowaniu ich Żubrówką poszliśmy spać. Samo pierwsze spotkanie było dość ciekawe. Umówiliśmy się pod apartamentowcem, z własnym lokajem przy drzwiach i innymi bajerami. Pomyślałem, że dobra lokalizacja, bo ciężko nie zauważyć tego miejsca, więc przynajmniej się odnajdziemy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że Joanna wyszła z budynku i zaprosiła nas do środka. Na takie luksusy nie byłem gotowy, bo czułem się jak cygan w podróży zmęczony całodziennym targaniem plecaka i wszelkiego dobytku jaki nawinął nam się po drodze. Wchodzimy do windy, wjeżdżamy na piętro, gdzie są tylko 2 mieszkania i wchodzimy. Ściągamy buty (nie wiem czy to było bezpieczne, po całym dniu, ale nieważne) i zaczynamy zwiedzanie. Wbrew pozorom mieszkanie nie było ogromne jak na polskie warunki, bo liczyło może ok 70m2, jednak do tej pory nasze tajwańskie “mieszkania” nie miały pewnie więcej niż metrów 10. Chaos jednak panował taki jak w każdym innym domu, gdzie jest dwójka dzieci. Co jednak się rzucało w oczy to inwestowanie w rozwój dzieciaków. Chłopiec i dziewczynka, którzy mieli po kilka lat uczyli się języków obcych, koniecznie grali choć na jednym instrumencie i mieli dodatkowe zajęcia fizyczne. W salonie stało pianino, wisiały skrzypce, a tato pogrywał na saksofonie. Bardzo pozytywnie zakręcona rodzinka!

Kolejnego dnia udaliśmy się na zwiedzanie wybrzeża i wspomnianą wycieczkę rowerową. Jedyną zachcianką w zamian za nocleg było przygotowanie dla nich czegoś polskiego. Pierwszy pomysł padł na pierogi z serem, ale ciężko zrobić pierogi bez sera, a wszystko co tutaj go zastępowało było zrobione z tofu. Ostatecznie padło na zupę pomidorową. Wykorzystaliśmy do tego również nasze gorące kubki. Była to chyba moja najlepsza i najdroższa zupa pomidorowa jaką jadłem. Śmietana i koncentrat były tutaj raczej produktami premium.

Wracamy do Joanny. Ze sklepu zgarnął nas jej mąż, a w drzwiach przywitał Nathan słowami “jak się masz?”. Na początku myślałem, że coś mi się przesłyszało i odpowiedziałem coś po angielsku. Okazało się, że Nathan ma polsko-tajwańskie korzenie i do swojej 18-stki przez 10 lat mieszkał i wychowywał się w Warszawie. Niestety swoją 18-stkę spędził w USA, więc nie wie z czym to się je (a właściwie pije) w Polsce. Jego tato jest amerykańskim misjonarzem o polskich korzeniach (i nazwisku) i w tamtym czasie stacjonował w Polsce. Są takie sytuacje, których nawet byśmy sobie nie wyobrazili. Jakież było również zdziwienie Joanny i jej rodziny, jak okazało się, że z Nathanem rozmawiamy sobie całkiem swobodnie po polsku. Skąd jednak wziął się on w ich domu i co robi w Tajwanie? Z racji swoich tajwańskich korzeni wrócił na wyspę kontynuować naukę języka chińskiego, a sam pracuje jako lektor angielskiego i między innymi uczył angielskiego dzieci Joanny. Ot i cała historia. Gar zupy pomidorowej oczywiście zniknął w mgnieniu oka. Dzieciaki zjadły po 4 miski, gdzie ja ledwo wcisnąłem jedną i stwierdziły, że od teraz to ich ulubiona zupa!
Tajwańczycy są niezwykle troskliwi, rodzinni, gościnni i ciekawi świata. Kontakt mamy zresztą do dziś. Była nawet szansa, że w tym roku odwiedzą nas w Polsce, ale niestety musieli skrócić swoje wakacje i skończą Eurotrip na Węgrzech.

Po raz kolejny utwierdziłem się w fakcie, że w podróży wcale nie jest najważniejszy cel, a droga którą pokonujemy i ludzie, których na niej spotykamy 🙂

Napisz komentarz